Blog > Komentarze do wpisu
Nauka czytania

Na pomysł trafiłam przypadkiem w Internecie. Zaintrygował mnie, więc trochę poszperałam. Kiedy Mąż wrócił z pracy, byłam już ogólnie zorientowana, na czym cała koncepcja polega.

- Słuchaj... a może nauczymy ją czytać? - zagadnęłam wieczorem Męża.
- Nie za mała trochę? - spojrzał na mnie zaskoczony. - Przecież ona jeszcze nawet nie mówi.
- Przeczytałam o czymś, co nazywa się metodą Domana. Facet od lat 60-ych zajmuje się rehabilitacją dzieci niepełnosprawnych poprzez naukę czytania. Na bazie tych doświadczeń zajął się nauczaniem czytania u zdrowych dzieci. Udowadnia, że dziecko wcale nie musi już umieć mówić, żeby czytać. Według niego czytanie jest jeszcze jednym sposobem nauki języka. Najpierw pokazuje się dziecku kartki z pojedynczymi słowami, potem wyrażenia dwuwyrazowe, zdania, a w końcu proste książeczki. Zaczyna się od dużych, czerwonych napisów. Alfabet dziecko poznaje na samym końcu. A dzięki temu, że czyta całe wyrazy, robi to jednym rzutem oka, więc czyta bardzo szybko.
- Hehe... i naprawdę dzieci to chwytają?
- Chyba tak. Na youtubie są filmiki z czytającymi bobasami. A jak te dzieci się przy tym cieszą! To co, spróbujemy?
- Możemy. Nawet jeśli nie pomoże, to też i nie zaszkodzi.
- To kup mi jutro blok techniczny i czerwony marker.

Wieczorem pocięłam kilka kartek na paski i zaczęłam rysować słówka. Na początek wybrałam te z najbliższego otoczenia dziecka: Ala, mama, tata, mleko. Smarowałam duże, czerwone litery, które dodatkowo pogrubiałam.
Naukę zaczęłam następnego dnia rano. Nakarmiłam Alicję i położyłam ją w łóżeczku.
- Teraz mama będzie Ci pokazywać słówka - uśmiechnęłam się do niej i wyciągnęłam pierwszą kartkę. - Zobacz, tu jest napisane "Ala". Ty jesteś Ala.
Alicja spojrzała ze zdziwieniem na napis. A potem na mnie.
- Ciekawe, prawda? A tu jest napisane "mama". Ja jestem mama.

Pokazałam kolejno wszystkie pięć słówek z pierwszego zestawu. Alicja wyglądała na zainteresowaną. Dziwne i fajne. Zgodnie z instrukcją do końca dnia obejrzałyśmy zestaw trzy razy. Następnego dnia doszedł drugi zestaw, a potem trzeci. Do końca tygodnia nie dokładałam już żadnych nowych słów, tak jak było napisane w Internecie. Miałam jednak problem, co dalej, bo od tego momentu wszystkie opisy mieszały mi w głowie.
- Instrukcja jest nieprecyzyjna - poskarżyłam się Mężowi.
- Hę? - Mąż udawał, że mnie słucha.
- Na przykład nie wiem, w jakiej odległości mam jej pokazywać te słówka. Czy mam je tylko czytać, czy za każdym razem pokazywać, co znaczą? Jak często wymieniać stare słówka na nowe i co zrobić z tymi starymi? Odkładać? - wyliczałam. - Może kupię sobie książkę autora tej od metody?
- Uhm - odpowiedział mi mechanicznie małżonek.

Trzy tygodnie później zdziwił się, że przyszły jakieś książki. Dwie, bo z ciekawości zamówiłam też drugą część, o nauczaniu matematyki.
- Już jestem mądrzejsza - oznajmiłam Mężowi po paru dniach. - Okazuje się, że nie tak to robię. Za wolno jej pokazuję słówka i za wolno wymieniam na nowe. Doman pisze, że jak się za długo pokazuje to samo, to dziecko się znudzi i zniechęci. I wiem już, co się dzieje z tymi wycofanymi: będą wykorzystane, jak przejdziemy do dalszych etapów tzn. wyrażeń i zdań. Na początek zrobiłam też rewizję "programu nauczania" i utworzyłam grupy wyrazów: części ciała, rodzina, dom itp.
- A jak było do tej pory?
- Trochę tego, trochę tamtego. Taki bałagan.

Nauka czytania trwa. Ostatnio Alicja dała mi sygnał, że coś jednak z tego rozumie. Podczas karmienia szarpała moją bluzkę i w trakcie tej czynności zauważyła czerwony napis na białym tle. Takie malutkie literki. Przestała jeść i zaczęła mu się przyglądać. Potem spojrzała na mnie, znowu na napis i znowu na mnie. Wyraźnie oczekiwała wyjaśnień.
- Tak, Aluniu - uśmiechnęłam się zaskoczona, jak już dotarło do mnie, o co jej chodzi. - Tu jest napisane "Polska pomoc".
Innym razem zwróciła uwagę na czerwony tytuł książki na okładce. Także tym razem zaczęła się w niego wpatrywać i spoglądała pytająco na mnie.
- Brawo! Tu jest napisane "Read". "How to teach your baby to read" - wyjaśniłam rozbawiona.

Nie wiem, co nam wyjdzie z tej nauki i staram się nie tworzyć wielkich oczekiwań. Traktuję to jak rozrywkę mola książkowego na macierzyńskim. Będę się cieszyć, jeśli zaszczepię Alicji miłość do książek.

A kiedyś może, tak jak jej mama, Alicja przyniesie ze szkoły uwagę w dzienniczku: "Ala czyta książki na lekcjach".

poniedziałek, 29 czerwca 2009, vereenka

TrackBack
TrackBack URL wpisu:
Komentarze
2009/06/30 15:45:21
Ech..Tyle tych rzeczy :) Wszystkiego by sie chciało, nie? My jestesmy na etapie migania i mamy male sukcesy, podobne w wyrazistosci do Waszych. Ale to czytanie.....hm..tempting.
-
2009/07/01 19:21:44
ciekawe... nigdy o tym nie słyszałam:) powodzenia:)
-
2009/07/01 21:34:37
Bardzo interesujące :) Ja się będę przymierzać do migania, ale z czytaniem można by w sumie próbować równolegle... No cóż, zboczenie jezykoznawcy - Robak będzie poddany wielu lingwistycznym eksperymentom. :D Dobrze, że Miśku to typ wielce usportowiony, więc się dziecko nie skrzywi tylko w jedną stronę... :P
-
2009/07/02 23:37:51
zigzac1: wszystkiego to może nie, bo padnę ja i dziecko ;) miganie mnie jakoś nie ciągnie ale chętnie poczytam, jak coś napiszesz na ten temat :)
czapka.niewidka: dziękuję! dam znać, jak nam z tego coś konkretnego wyjdzie
fiona_apple: ja nie jestem lingwistką i właśnie dlatego, że jestem "wiecznie średniozaawansowana", też chętnie oszczędziłabym córce żmudnej nauki słówek. Mamy pomysł ale realizować go będziemy od przyszłego roku.