14 ciężkich dni...
Po 2,5 godzinach snu obudziło mnie nawoływanie od strony łóżeczka. Alicja chwiejnie stała przy szczebelkach i uśmiechała się blado. Nie sądziłam, że tak mnie ucieszy ta pobudka, gdy ze zmęczenia ledwo żyję. Wypełzłam z pościeli, podeszłam do Alusi i przyłożyłam rękę do jej czoła. Było chłodne, nareszcie chłodne! Alicja pod oczami miała sińce i ogólnie wyglądała na wyczerpaną. Uśmiechała się do mnie ale straciła energię a oczy błyszczały jej niezdrowo. Choć opadnięcie gorączki zwiastowało przełom w chorobie, widziałam, że jeszcze coś jest nie tak.
Choroba kompletnie nas zaskoczyła. Jedynym zwiastunem był stan podgorączkowy, który miała przez 2-3 kolejne noce kilka nocy wcześniej. Gdybym jej w nocy nie karmiła, to bym się nie zorientowała, bo rano Alicja wstawała już zdecydowanie bez gorączki. Jednak nic się nie wykluwało, to i przestałam o tym myśleć. Uznałam, że to skutek ząbkowania.
Tym razem choroba zaatakowała silniej. W niedzielne południe Alicja miała już 39 stopni.
- Co robimy? Jedziemy na pogotowie? - spytał przestraszony Mąż, przekazując mi dziecko. Alicja z płaczem przylgnęła do mnie i umościła się w moich ramionach. Cała była rozpalona.
Przed oczami przeleciał mi szpital dziecięcy: koszmar cewnikowania, wenflon, antybiotyk, brrr... Nigdy więcej. Po powrocie ze szpitala znalazłam prywatną lekarkę dla Alicji. Jak dotąd, była skuteczna. Wolałabym, żeby to ona ją zobaczyła a nie jakiś nie-wiadomo-jaki-konował na dyżurze.
- Na razie ma katar i gorączkę - obejrzałam Alicję. Na katar nic nie poradzimy ale gorączkę można zbić. Jeśli przetrwamy noc, to jutro zawieziemy ją do lekarki - przedstawiłam plan Mężowi.
- Ale to bardzo wysoka temperatura! Jak chcesz czekać do jutra? - zaprotestował Mąż.
- Jeśli jej nie spadnie, to pojedziemy na dyżur. Małe dzieci bardzo łatwo i wysoko gorączkują - zacytowałam jakieś źródło. - Najpierw spróbujmy, potem się zobaczy.
Spojrzał na mnie nieufnie ale poszukał Nurofenu. Z pomocą podajnika do leków wlaliśmy w Alicję 2,5ml syropku.
Po pół godzinie Alicja zdecydowała się zejść na ziemię. Postawiona, zaczęła jak zwykle wędrować po całym mieszkaniu. Gorączka spadła. Wzrosła co prawda ponownie równo po 8 godzinach, tuż przed północą ale znowu ją zbiliśmy. Gorszym niż gorączka problemem okazało się karmienie. Dziecko kompletnie straciło apetyt. Ostatnie, co zjadła, to trochę obiadku. Później już nic. Pić też nie chciała, ani herbatki, ani mleka z piersi. Butelkę odpychała. Przystawiona do piersi gryzła mnie boleśnie, wpadała w płacz i uciekała z kolan. Patrzyłam zdezorientowana. Sądziłam, że przy chorobie dzieci wiszą u mamy na piersi. To dziecko owszem wisiało ale na rękach. Ponieważ kołatało mi w głowie, że przy gorączce trzeba nawadniać, wzięłam podajnik do lekarstw i z jego pomocą wcisnęłam Alicji trochę herbatki. Gdy zasnęła, ściągnęłam mleko, którym wzgardziła i odstawiłam do lodówki na później. Do głowy mi nie przyszło, że tak już będzie na stałe.
Rano podałam Alicji kolejny Nurofen, wręczyłam dziecko Teściowej a sama usadziłam się z telefonem. Mężowi przykazałam zrobić to samo po drodze do pracy, by zwiększyć nasze szanse, że się dodzwonimy. Lekarka Alicji cieszy się powodzeniem wśród rodziców. Mąż pierwszy odniósł sukces i dał znać, że mamy wizytę. Pozostało jeszcze zadzwonić do pracy.
- Słuchaj, ty nie bierz żadnego zwolnienia, tylko sobie odbierzesz z nadgodzin - usłyszałam. - Spróbuj tylko dokończyć dzisiaj trochę skryptów. Dasz radę?
- Myślę, że wieczorem ale dam - rzuciłam okiem na Alicję wedrującą w zasięgu wzroku.
- OK, to siedź dzisiaj w domu z małą. Ona jest najważniejsza.
Ech, gdybym umiała przewidzieć przyszłość, to bym takich głupich deklaracji nie składała...
Ubrałyśmy się i pojechałyśmy na drugą stronę miasta. Po drodze mnie tknęło i wykonałam telefon:
- Cześć córeczko! - ucieszyła się Mama. - Co tam u was?
- Chorujemy... - zaczęłam mówić i już nie mogłam dokończyć.
- Przeziębiłaś się? To na pewno z przepracowania. A małej nie zarazisz? - zaniepokoiła się Mama.
- Ja jestem zdrowa, to ona choruje. Chciałam... - znowu nie było mi dane dokończyć.
- O, biedna maleńka! Byliście już u lekarza?
- Właśnie tam jedziemy. Ale tak mi się przypomniało: jak ja ząbkowałam, to do ilu stopni miałam temperaturę? - w końcu udało mi się zadać nurtujące mnie pytanie.
- Ooo... nawet do 39,5. Pamiętam, że chodziłam z tobą po lekarzach i wszyscy mówili, że jesteś zdrowa. A potem się okazało, że cztery zęby ci na raz szły! Co ja wtedy przeżywałam! Ciotka przyjechała pomóc i po 2 dniach uciekła mówiąc, że takiego dziecka jeszcze nie widziała!
- No właśnie. Ala tak samo wszystko gryzie. Łóżeczko obgryzła tak, że drzazgi sterczą. Musieliśmy je zakryć, żeby się nie skaleczyła. Może to ząbkowanie nałożyło się z infekcją?
- Bardzo możliwe. Powiedz o tym lekarce.
Powiedziałam. Ala została obejrzana, osłuchana i zdiagnozowana. Infekcja wirusowa, ząbki nie mają tu większego znaczenia. Dostałyśmy lekarstwa i zalecenie, by gorączki poniżej 38,5 stopni nie ruszać, bo pozbawiamy organizm obrony. Pełna optymizmu wróciłam do domu a po południu się zaczęło.
Alicja po drzemce obudziła się już z gorączką. Przed snem zjadła jeszcze obiadek. Jak się okazało, to był jej ostatni posiłek w tym dniu. Pić znowu nie chciała. Przystawiona do piersi prężyła się w łuk z płaczem. Do tego bolał ją brzuszek. Jedyne, co chciała, to wtulać się w moje ramiona.
Nie bardzo pamiętam nastepne 2,5 doby. Spędziłam je głównie siedząc z Alicją w fotelu. Podnosiłam się tylko po to, by podać kolejne porcje lekarstwa i uparcie wlewać podajnikiem herbatkę. Gorączka utrzymywała się cały czas. Rozpalona Alicja oddychała ciężko na mojej piersi.
Drugiego wieczora uznaliśmy, że czas zadzwonić po pogotowie. Zbyt długa, zbyt wysoka była ta gorączka. Z ogólnego pogotowia odesłali nas na jakiś dyżur miejski, stamtąd do Falcka, gdzie udzielono nam telefonicznej porady pediatrycznej: "Zbijać gorączkę i nie panikować, bo to dopiero druga doba a takie infekcje trwają zazwyczaj trzy".
W tej sytuacji następnego dnia rano umówiliśmy się ponownie do naszej lekarki. Gdy tylko to zrobiliśmy, gorączka Alicji spadła. W w zamian pojawił się drobny kaszel. Na kaszel dostaliśmy krople a przy okazji lekarka sprawdziła stan dziąseł Alicji. Były koszmarnie spuchnięte, bo Alicja, wzorem mamy, hurtowo ząbkuje. W drodze były dwie czwórki i jedna dwójka.
Od tego momentu miało być już z górki, więc w końcu zjawiłam się w pracy. Długo tam nie pobyłam. Następnego dnia odebrałam telefon alarmowy:
- Ona ciągle śpi i kaszle - zaraportowała Teściowa.
Ciągle śpi? Może jednak jest odwodniona? Czyżbyśmy za mało ją poili przez podajnik? Rany boskie, nerki!
Lekarka Alicji wyjechała na ferie, kazała nam podjechać do NFZ-owskiej przychodni, aby ją osłuchali. Popędziłam do domu, Mąż od siebie z pracy równolegle. Po drodze dowiedzieliśmy się, że przychodnia nie ma już miejsc u pediatry. Jak lekarz się zgodzi, to może przyjmie dodatkowo. Trzeba tylko dotrzeć do przychodni do 18. Śnieg znowu pada, pociągi opóźnione... Do przychodni wpadliśmy tuż przed szóstą.
- Mogę przyjąć dziecko ale komercyjnie – usłyszeliśmy od lekarki.
Możemy też wezwać Falcka na wizytę domową, bo przychodnia ma podpisaną z nimi taką umowę.
Zrobiliśmy z Mężem krótką naradę. Alicja po przebudzeniu była całkiem żwawa i wesoła. Może po prostu musiała odespać? Tylko ten kaszel... Ale za osłuchanie dziecka mamy płacić 80zł? Wzywamy tego Falcka i niech nam tylko spróbują tym razem wcisnąć poradę telefoniczną.
Wróciliśmy do domu i czekaliśmy na lekarza. Dotarł w końcu przed 23, gdy Alicja ponownie zasnęła. Obudził dziecko, osłuchał i zawyrokował:
- Początki zapalenia oskrzeli. Antybiotyk.
I pojechał. Zostaliśmy z receptą i wątpliwościami, co zrobić. Lekarka Alicji nie odbierała już telefonu, pewnie spała. W tej sytuacji zdecydowaliśmy się dać ten antybiotyk. I że jednak wezmę zwolnienie.
Już drugiej nocy przekonaliśmy się, że antybiotyk na wymęczone jelitka to nie jest dobry pomysł. Potwierdziła to rano nasza lekarka, jednak było już za późno. Alicja dostała kolek, takich jak noworodek. Kolejne noce spędzaliśmy nosząc na zmianę naszą biedną córeczkę, masując i grzejąc jej brzuszek. Córeczka z płaczem prężyła ciałko i wspinała się na ramiona aktualnie noszącego rodzica. Nie dawała się położyć, nie pozwalała nawet usiąść w fotelu, by tak ją kołysać. Żal serce ściskał. Nawet skóra śmierdziała jej antybiotykiem! W końcu dostała odparzenia takiego samego jak kiedyś, gdy była malutka. Wiemy teraz, że doustny antybiotyk to jak najgorszy pomysł. Kolki zniknęły po jego odstawieniu. Szkoda, że Alicja musiała przez to przejść!
Dwa dni po wizycie u lekarki postanowiłam sprawdzić, jak to jest z tymi zębami. Zajrzałam Alicji do buźki, potem poszłam do Męża.
- Lekarka się pomyliła z ilością zębów, które jej idą – poinformowałam go drewnianym głosem.
- Taak? – spytał nieuważnie, nie zwrócił uwagi na mój ton.
- Zgadnij ile ich jest naprawdę.
- Trzy?
- Trzy to znalazła lekarka. Naprawdę idzie sześć. Sześć - wyobrażasz to sobie? Trzy już zresztą zdążyły się przebić. Pozostałe ma potwornie opuchnięte. Nic dziwnego, że osłabiony organizm złapał infekcję.
Alicja do karmienia piersią już nie wróciła. Nie chce, odpycha się i wykręca. Spasowałam. I tak dwa razy dziennie pije kaszkę na moim mleku. Z tego nie zrezygnuję. Zwłaszcza teraz potrzebna jej moja ochrona. Dziecko samo mi się odstawiło, nigdy bym w to nie uwierzyła. Inni mają problem w drugą stronę...
Alicja schudła. Waży teraz tyle, co dwa miesiące wcześniej. Na szczęście apetyt i humor już jej dopisują. Zjada porcje dwa razy większe niż przed chorobą. Serio.
Poza tym idzie wiosna. Teraz będzie już tylko lepiej.