RSS
niedziela, 21 lutego 2010
14 ciężkich dni...

Po 2,5 godzinach snu obudziło mnie nawoływanie od strony łóżeczka. Alicja chwiejnie stała przy szczebelkach i uśmiechała się blado. Nie sądziłam, że tak mnie ucieszy ta pobudka, gdy ze zmęczenia ledwo żyję. Wypełzłam z pościeli, podeszłam do Alusi i przyłożyłam rękę do jej czoła. Było chłodne, nareszcie chłodne! Alicja pod oczami miała sińce i ogólnie wyglądała na wyczerpaną. Uśmiechała się do mnie ale straciła energię a oczy błyszczały jej niezdrowo. Choć opadnięcie gorączki zwiastowało przełom w chorobie, widziałam, że jeszcze coś jest nie tak.

Choroba kompletnie nas zaskoczyła. Jedynym zwiastunem był stan podgorączkowy, który miała przez 2-3 kolejne noce kilka nocy wcześniej. Gdybym jej w nocy nie karmiła, to bym się nie zorientowała, bo rano Alicja wstawała już zdecydowanie bez gorączki. Jednak nic się nie wykluwało, to i przestałam o tym myśleć. Uznałam, że to skutek ząbkowania.

Tym razem choroba zaatakowała silniej. W niedzielne południe Alicja miała już 39 stopni.
- Co robimy? Jedziemy na pogotowie? - spytał przestraszony Mąż, przekazując mi dziecko. Alicja z płaczem przylgnęła do mnie i umościła się w moich ramionach. Cała była rozpalona.
Przed oczami przeleciał mi szpital dziecięcy: koszmar cewnikowania, wenflon, antybiotyk, brrr... Nigdy więcej. Po powrocie ze szpitala znalazłam prywatną lekarkę dla Alicji. Jak dotąd, była skuteczna. Wolałabym, żeby to ona ją zobaczyła a nie jakiś nie-wiadomo-jaki-konował na dyżurze.
- Na razie ma katar i gorączkę - obejrzałam Alicję. Na katar nic nie poradzimy ale gorączkę można zbić. Jeśli przetrwamy noc, to jutro zawieziemy ją do lekarki - przedstawiłam plan Mężowi.
- Ale to bardzo wysoka temperatura! Jak chcesz czekać do jutra? - zaprotestował Mąż.
- Jeśli jej nie spadnie, to pojedziemy na dyżur. Małe dzieci bardzo łatwo i wysoko gorączkują - zacytowałam jakieś źródło. - Najpierw spróbujmy, potem się zobaczy.
Spojrzał na mnie nieufnie ale poszukał Nurofenu. Z pomocą podajnika do leków wlaliśmy w Alicję 2,5ml syropku.

Po pół godzinie Alicja zdecydowała się zejść na ziemię. Postawiona, zaczęła jak zwykle wędrować po całym mieszkaniu. Gorączka spadła. Wzrosła co prawda ponownie równo po 8 godzinach, tuż przed północą ale znowu ją zbiliśmy. Gorszym niż gorączka problemem okazało się karmienie. Dziecko kompletnie straciło apetyt. Ostatnie, co zjadła, to trochę obiadku. Później już nic. Pić też nie chciała, ani herbatki, ani mleka z piersi. Butelkę odpychała. Przystawiona do piersi gryzła mnie boleśnie, wpadała w płacz i uciekała z kolan. Patrzyłam zdezorientowana. Sądziłam, że przy chorobie dzieci wiszą u mamy na piersi. To dziecko owszem wisiało ale na rękach. Ponieważ kołatało mi w głowie, że przy gorączce trzeba nawadniać, wzięłam podajnik do lekarstw i z jego pomocą wcisnęłam Alicji trochę herbatki. Gdy zasnęła, ściągnęłam mleko, którym wzgardziła i odstawiłam do lodówki na później. Do głowy mi nie przyszło, że tak już będzie na stałe.

Rano podałam Alicji kolejny Nurofen, wręczyłam dziecko Teściowej a sama usadziłam się z telefonem. Mężowi przykazałam zrobić to samo po drodze do pracy, by zwiększyć nasze szanse, że się dodzwonimy. Lekarka Alicji cieszy się powodzeniem wśród rodziców. Mąż pierwszy odniósł sukces i dał znać, że mamy wizytę. Pozostało jeszcze zadzwonić do pracy.
- Słuchaj, ty nie bierz żadnego zwolnienia, tylko sobie odbierzesz z nadgodzin - usłyszałam. - Spróbuj tylko dokończyć dzisiaj trochę skryptów. Dasz radę?
- Myślę, że wieczorem ale dam - rzuciłam okiem na Alicję wedrującą w zasięgu wzroku.
- OK, to siedź dzisiaj w domu z małą. Ona jest najważniejsza.
Ech, gdybym umiała przewidzieć przyszłość, to bym takich głupich deklaracji nie składała...

Ubrałyśmy się i pojechałyśmy na drugą stronę miasta. Po drodze mnie tknęło i wykonałam telefon:
- Cześć córeczko! - ucieszyła się Mama. - Co tam u was?
- Chorujemy... - zaczęłam mówić i już nie mogłam dokończyć.
- Przeziębiłaś się? To na pewno z przepracowania. A małej nie zarazisz? - zaniepokoiła się Mama.
- Ja jestem zdrowa, to ona choruje. Chciałam... - znowu nie było mi dane dokończyć.
- O, biedna maleńka! Byliście już u lekarza?
- Właśnie tam jedziemy. Ale tak mi się przypomniało: jak ja ząbkowałam, to do ilu stopni miałam temperaturę? - w końcu udało mi się zadać nurtujące mnie pytanie.
- Ooo... nawet do 39,5. Pamiętam, że chodziłam z tobą po lekarzach i wszyscy mówili, że jesteś zdrowa. A potem się okazało, że cztery zęby ci na raz szły! Co ja wtedy przeżywałam! Ciotka przyjechała pomóc i po 2 dniach uciekła mówiąc, że takiego dziecka jeszcze nie widziała!
- No właśnie. Ala tak samo wszystko gryzie. Łóżeczko obgryzła tak, że drzazgi sterczą. Musieliśmy je zakryć, żeby się nie skaleczyła. Może to ząbkowanie nałożyło się z infekcją?
- Bardzo możliwe. Powiedz o tym lekarce.
Powiedziałam. Ala została obejrzana, osłuchana i zdiagnozowana. Infekcja wirusowa, ząbki nie mają tu większego znaczenia. Dostałyśmy lekarstwa i zalecenie, by gorączki poniżej 38,5 stopni nie ruszać, bo pozbawiamy organizm obrony. Pełna optymizmu wróciłam do domu a po południu się zaczęło.

Alicja po drzemce obudziła się już z gorączką. Przed snem zjadła jeszcze obiadek. Jak się okazało, to był jej ostatni posiłek w tym dniu. Pić znowu nie chciała. Przystawiona do piersi prężyła się w łuk z płaczem. Do tego bolał ją brzuszek. Jedyne, co chciała, to wtulać się w moje ramiona.

Nie bardzo pamiętam nastepne 2,5 doby. Spędziłam je głównie siedząc z Alicją w fotelu. Podnosiłam się tylko po to, by podać kolejne porcje lekarstwa i uparcie wlewać podajnikiem herbatkę. Gorączka utrzymywała się cały czas. Rozpalona Alicja oddychała ciężko na mojej piersi.

Drugiego wieczora uznaliśmy, że czas zadzwonić po pogotowie. Zbyt długa, zbyt wysoka była ta gorączka. Z ogólnego pogotowia odesłali nas na jakiś dyżur miejski, stamtąd do Falcka, gdzie udzielono nam telefonicznej porady pediatrycznej: "Zbijać gorączkę i nie panikować, bo to dopiero druga doba a takie infekcje trwają zazwyczaj trzy".

W tej sytuacji następnego dnia rano umówiliśmy się ponownie do naszej lekarki. Gdy tylko to zrobiliśmy, gorączka Alicji spadła. W w zamian pojawił się drobny kaszel. Na kaszel dostaliśmy krople a przy okazji lekarka sprawdziła stan dziąseł Alicji. Były koszmarnie spuchnięte, bo Alicja, wzorem mamy, hurtowo ząbkuje. W drodze były dwie czwórki i jedna dwójka.

Od tego momentu miało być już z górki, więc w końcu zjawiłam się w pracy. Długo tam nie pobyłam. Następnego dnia odebrałam telefon alarmowy:
- Ona ciągle śpi i kaszle - zaraportowała Teściowa.
Ciągle śpi? Może jednak jest odwodniona? Czyżbyśmy za mało ją poili przez podajnik? Rany boskie, nerki!

Lekarka Alicji wyjechała na ferie, kazała nam podjechać do NFZ-owskiej przychodni, aby ją osłuchali. Popędziłam do domu, Mąż od siebie z pracy równolegle. Po drodze dowiedzieliśmy się, że przychodnia nie ma już miejsc u pediatry. Jak lekarz się zgodzi, to może przyjmie dodatkowo. Trzeba tylko dotrzeć do przychodni do 18. Śnieg znowu pada, pociągi opóźnione... Do przychodni wpadliśmy tuż przed szóstą.
- Mogę przyjąć dziecko ale komercyjnie – usłyszeliśmy od lekarki.
Możemy też wezwać Falcka na wizytę domową, bo przychodnia ma podpisaną z nimi taką umowę.
Zrobiliśmy z Mężem krótką naradę. Alicja po przebudzeniu była całkiem żwawa i wesoła. Może po prostu musiała odespać? Tylko ten kaszel... Ale za osłuchanie dziecka mamy płacić 80zł? Wzywamy tego Falcka i niech nam tylko spróbują tym razem wcisnąć poradę telefoniczną.
Wróciliśmy do domu i czekaliśmy na lekarza. Dotarł w końcu przed 23, gdy Alicja ponownie zasnęła. Obudził dziecko, osłuchał i zawyrokował:
- Początki zapalenia oskrzeli. Antybiotyk.
I pojechał. Zostaliśmy z receptą i wątpliwościami, co zrobić. Lekarka Alicji nie odbierała już telefonu, pewnie spała. W tej sytuacji zdecydowaliśmy się dać ten antybiotyk. I że jednak wezmę zwolnienie.

Już drugiej nocy przekonaliśmy się, że antybiotyk na wymęczone jelitka to nie jest dobry pomysł. Potwierdziła to rano nasza lekarka, jednak było już za późno. Alicja dostała kolek, takich jak noworodek. Kolejne noce spędzaliśmy nosząc na zmianę naszą biedną córeczkę, masując i grzejąc jej brzuszek. Córeczka z płaczem prężyła ciałko i wspinała się na ramiona aktualnie noszącego rodzica. Nie dawała się położyć, nie pozwalała nawet usiąść w fotelu, by tak ją kołysać. Żal serce ściskał. Nawet skóra śmierdziała jej antybiotykiem! W końcu dostała odparzenia takiego samego jak kiedyś, gdy była malutka. Wiemy teraz, że doustny antybiotyk to jak najgorszy pomysł. Kolki zniknęły po jego odstawieniu. Szkoda, że Alicja musiała przez to przejść!

Dwa dni po wizycie u lekarki postanowiłam sprawdzić, jak to jest z tymi zębami. Zajrzałam Alicji do buźki, potem poszłam do Męża.
- Lekarka się pomyliła z ilością zębów, które jej idą – poinformowałam go drewnianym głosem.
- Taak? – spytał nieuważnie, nie zwrócił uwagi na mój ton.
- Zgadnij ile ich jest naprawdę.
- Trzy?
- Trzy to znalazła lekarka. Naprawdę idzie sześć. Sześć - wyobrażasz to sobie? Trzy już zresztą zdążyły się przebić. Pozostałe ma potwornie opuchnięte. Nic dziwnego, że osłabiony organizm złapał infekcję.

Alicja do karmienia piersią już nie wróciła. Nie chce, odpycha się i wykręca. Spasowałam. I tak dwa razy dziennie pije kaszkę na moim mleku. Z tego nie zrezygnuję. Zwłaszcza teraz potrzebna jej moja ochrona. Dziecko samo mi się odstawiło, nigdy bym w to nie uwierzyła. Inni mają problem w drugą stronę...

Alicja schudła. Waży teraz tyle, co dwa miesiące wcześniej. Na szczęście apetyt i humor już jej dopisują. Zjada porcje dwa razy większe niż przed chorobą. Serio.
Poza tym idzie wiosna. Teraz będzie już tylko lepiej.

21:49, vereenka
Link Komentarze (8) »
niedziela, 14 lutego 2010
Urodzinki

 

Kochana Aluniu!

Szczęśliwego, zdrowego dzieciństwa,
Uśmiechów i radości,
Nowych, fascynujących umiejętności,
Bezpiecznego odkrywania świata w dzień
I spokojnych snów w nocy

Rośnij nam duża i zdrowiutka!

 

Ala i lala

 

Ala i kredki

 

Ala i tygrys

23:38, vereenka
Link Komentarze (5) »
czwartek, 04 lutego 2010
Jazda bez trzymanki

Wiadomość spadła na mnie jak grom z jasnego nieba. Praca w weekend? Jak to? Za co? Niby widziałam, że terminy się zbliżają ale myśl o nadgodzinach jakoś nie docierała do mojej świadomości. Tymczasem w piątek wieczorem usłyszałam, że jednak trzeba. I kurczę, problem, bo w soboty zostaję sama z Alicją a reszta rodziny jedzie na budowę. Na szczęście tym razem obiecali wrócić do 13. To dobrze bo obecnie Alicja wymaga 100% uwagi. Popracować to ja mogę tylko, gdy śpi lub ktoś inny się nią zajmuje. Trudno, będę kombinować. Tylko co konkretnie mam do zrobienia?
- Na razie to nic bo środowisko nie działa - usłyszałam od kolegi.
- Czyli trzymamy kciuki, żeby tak zostało do poniedziałku? - spytałam rzeczowo.
- Ano - potwierdził.

W nocy z piątku na sobotę Alicji znowu coś odbiło i wstała o pierwszej radosna jak skowronek. Spać ponownie poszła o 3:30 po długich bojach i krzykach (jej). Wstała o ósmej a razem z nią ja - żywa (nomen omen) ilustracja zombie. "Będzie ciężko" - pomyślałam.

Zanim umyłam się i zjadłam cokolwiek, zdążyłam nakarmić Alicję, podać jej lekarstwo, przewinąć i zabawić. Korzystając z chwili nieuwagi dziecka, czmychnęłam do łazienki. Obmywając się pospiesznie pod prysznicem, słuchałam coraz głośniejszego nawoływania Alicji. W efekcie ledwo się wytarłam.
- No przecież jestem. Tylko poszłam się umyć - oznajmiłam z wyrzutem, ujawniając się dziecku. Alicja na mój widok rozjaśniła się jak słoneczko. Do sieci podłączyłam się po 11. Ponieważ środowisko nadal nie działało, moje zadanie na razie polegało na tym, by czasami sprawdzać, czy przypadkiem nie "wstało". Wróciłam do zabawy z dzieckiem, przerywanej okresowymi sprawdzeniami.

O 12:30 się ocknęłam. Trzeba było zabrać Alicję na spacer, żeby się przespała. Przede wszystkim jednak trzeba było kupić coś do jedzenia.
- Słuchaj, skoro to nadal nie działa, to ja polecę po zakupy. Bo mi tu wszystko pozamykają - poinformowałam.
- Pewnie, też tak planuję - usłyszałam.

Pospiesznie ubrałam uciekającą Alicję i wyruszyłyśmy w trasę. Trzeba było odwiedzić dwa sklepy. Choć zajęło to prawie godzinę, Alicja ani myślała spać. Za to włączyła sobie imbir do diety. Wycyganiła moje ciastko zbożowe z imbirem i zjadła mniej więcej połowę! Cmokała przy tym z ukontentowaniem.

Katastrofa nastąpiła w drodze powrotnej. Pchałam właśnie obciążony zakupami wózek, gdy ten nagle przekrzywił się w jedną stronę. O cholera, koło! Prawe tylne koło (na osi bliżej mnie) zjechało i aktualnie spoczywało obok na chodniku. To było zupełnie inne koło niż to, które ostatnio zjeżdżało z lewej strony i zostało świeżo naprawione. Tamto (na razie) się trzymało.

Podniosłam wózek i założyłam koło na miejsce. Kopnęłam, żeby się zakliknęło i ruszyłam do przodu. Zrobiłam jakieś trzy kroki a koło ze dwa obroty i ponownie zjechało na krawędź osi. Kopnięciem przesunęłam je w kierunku środka. Trzy kroki. Kopniak. Trzy kroki. Kopniak. A do domu jeszcze kilometr. Ale kanał.

Przystanek, który ujrzałam za zakrętem, przywitałam jak zbawienie. Zupełnie wyleciało mi z głowy, że mogę stąd podjechać autobusem! Postanowiłam, że będę czekać aż do skutku, na piechotę nigdzie się nie ruszam.

OK, ja mogłam czekać ale Alicja straciła cierpliwość. Na szczęście po chwili podjechał autobus, którym mogłam pokonać połowę odcinka. Nerwowo kopiąc w wózek, wpakowałam się do środka. Zabezpieczyłam hamulce i dla pewności przyłożyłam wózkowi z glana jeszcze ze dwa razy. Rozejrzałam się i napotkałam wpatrzone we mnie oczka pasażerów.

Gdy wysiadłyśmy, prawdziwym wyzwaniem okazało się przejście dla pieszych. Jak miałam sprawnie przejść przez ulicę, gdy co chwilę musiałam robić przerwy na kopanie wózka? Światła były ale dopuszczały jednocześnie skręt dla samochodów z ulicy poprzecznej. Zestresowałam się strasznie myślą, czy samochody zdążą zahamować przed nami. Wjechałam w końcu na chodnik, obejrzałam się i zobaczyłam autobus.

Cholera! Podbiegłabym, gdyby nie to koło. Co robić? Co za pech!

Pochyliłam się i zdjęłam odpadające kółko. Utrzymując równowagę wózka poszusowałam na przystanek. Udało się! Musiałam tylko rozwiązać problem wejścia do środka z uszkodzonym wózkiem. Szczęśliwie Alicja z wrażenia zamilkła.

Po drodze podjęłam decyzję. Pierdzielić to kółko, wracamy z trójkołowcem. Nawet niestabilny ma tę zaletę, że nie trzeba go co chwilę kopać. Przez ulicę też można przejść w miarę sprawnie. Zadowolona z własnej przemyślności pokonałam jezdnię i krawężnik. Wtedy odpadło drugie kółko. Symetrycznie, z tej samej osi. Zostałam z dwukołowcem a właściwie z taczką, bo tego, w co przekształcił się wózek, inaczej nazwać się nie dało.

Oczywiście Alicja, która jeszcze przed chwilką siedziała cicho bo oglądała autobus od środka, znów zaczęła krzyczeć. Z pewnością była już bardzo śpiąca, tylko dlaczego nie zasypiała? Zdesperowana przez chwilę rozważałam pomysł, by ponieść ją do domu na rękach ale zaraz go odrzuciłam. Bo niby jak wózek, tfu taczkę, chwycę? Teraz potrzebuję do niego obu rąk. Może go zostawić i wrócić później? Nie... jeszcze ktoś go rąbnie, nawet w tym stanie. Przed oczami stanął mi obraz szczęśliwego zbieracza złomu. No i co niby miałabym zrobić z zakupami?
- Nie da rady, Ala. Musisz wytrzymać - oświadczyłam wrzeszczącemu dziecku.

Uniosłam rączkę i popchnęłam wózek w kierunku domu. Zastanowiłam się i obróciłam go o 180 stopni, przekształcając go w rydwan. Zaprzęgłam się i zaraz wyprzęgłam. Odpada. Nie widać dziecka. Odwróciłam wózek z powrotem i w tym momencie zadzwonił telefon.
- Cześć, system wstał. Możesz sprawdzić, czy masz połączenie?
- Najpierw muszę dostać się do domu - oznajmiłam ponuro i opowiedziałam, co się przytrafiło.
- OK, to daj znać. Bo jeśli się nie uda z domu, to trzeba będzie tu przyjechać.
Ładny gips. Już widzę, jak Alicja demoluje biuro.

Zaraz zaraz... czy ktoś tu nie obiecywał, że wróci najpóźniej o 13? Spojrzałam na zegarek w komórce i wykonałam telefon.
- Gdzie jesteście? Jest prawie trzecia.
- Jeszcze na budowie.
- Mieliście być na pierwszą z powrotem. Kiedy wracacie?
- Zaraz się niby zbieramy ale po drodze wstępujemy jeszcze do sklepu.
- Czyli jak dobrze pójdzie to na szóstą będziecie? - przetłumaczyłam.
- Aż tak to może nie... Pewnie na piątą. A co się dzieje?
- Wózek znowu się rozleciał. Tym razem już dwa koła odpadły. Nie mogę dojechać do domu a Ala ryczy, bo nie spała na spacerze. Do tego ja muszę popracować bo dzwonili do mnie - wyliczyłam siedem nieszczęść. - Jak mi się nie uda z domu, to jeszcze do biura będę musiała się kopnąć, więc lepiej się pospieszcie - zakończyłam rozmowę.
Następnie uniosłam rączkę wózka i krok po kroku powędrowałam dalej.

Prawie dotarłam na miejsce, gdy zmęczona Alicja zaczęła zasypiać.
- Też sobie moment wybrałaś - westchnęłam. - Poczekaj jeszcze chwilę, położysz się w domu - próbowałam ją przekonać.
Nie poczekała. Wniosłam zakupy do domu i ostrożnie wyjęłam Alicję z wózka. Tak, jak się obawiałam, obudziła się przy wyciąganiu z kombinezonu. Zawsze to samo... Ale przecież nie mogłam zostawić jej samej przed domem ani położyć w łóżeczku w takim stroju.

Rozebrałam Alicję do końca myśląc, że zaraz ukołyszę ją ponownie na rękach. Wtedy znowu zadzwonił telefon.
- Chwila, nawet do komputeraz jeszcze nie usiadłam - gderałam, wędrując po komórkę. Spojrzałam na wyświetlacz. - O! Cześć! - przywitałam siostrę.
- No cześć. Jestem na dole. Otworzysz mi?
Na śmierć zapomniałam, że na dzisiaj się umówiłyśmy! Hurra, jestem uratowana!
-Moje posiłki nadeszły! - wykrzyknęłam do słuchawki. - Już schodzę!

Ucałowałam siostrę i objaśniłam jej cały ten cyrk.
- To ja się nią zajmę a ty porób to, co masz zrobić - zadeklarowała się moja siostra. - Tylko za godzinę muszę wyjść. Chodź, Ala.
Tak się nią zajęła, że Alicja zaczęła radośnie biegać po całym mieszkaniu i już w ogóle nie poszła spać. Biegały wokół stołu i kanapy a z jednej godziny zrobiły się dwie. Ja w tym czasie wisiałam na słuchawce i próbowałam rozwiązać swoje problemy techniczne. Akurat gdy wrócił Mąż, rozwiązałam je i mogłam zabierać się za pracę właściwą. Najważniejsze, że nie musiałam jechać do biura.

Gdy tylko siostra sobie poszła, Alicja padła od razu. Obudziła się tylko o 20 na jedzenie. Ja w końcu mogłam popracować i zeszło mi do północy. Potem wyczerpana poszłam spać.

Po tamtej sobocie nastąpiły kolejne. Potem doszły niedziele. Wieczory na tygodniu zostały zagarnięte już wcześniej. Całe szczęście, na horyzoncie było widać termin, do którego ma potrwać ta przejściowa harówka. Gdy parę lat temu horyzonu zabrakło, skończyło się to zmianą działu i stanowiska. Co mi nota bene tylko na dobre wyszło. Tym razem jest inaczej. Podoba mi się to, co robię a firma dostarcza mi stałej rozrywki intelektualnej. Dlatego pozwoliłam na tymczasowe zagarnięcie czasu prywatnego a teraz, półtora miesiąca później wiem, że ten wysiłek się opłacił. Mam jednak nadzieję, że następny taki okres nie nastąpi zbyt prędko. Bo teraz, kurczę, mam inne priorytety.

Teraz najważniejsza jest Nasza Mała Dziewczynka.

01:32, vereenka
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 26