Matka jest tylko jedna. U nas ostatnio liczy się tylko TATA.
- Nieee! Tata mnie ubiezie!
- Nieee! Tata da mi meko!
- Nieee! Tata mi umyje ziomki!
- Do taaaatyyyy!
Pozycję preferowanego rodzina straciłam jeszcze przed wakacjami. Z początku nie wiązałam tego z zazdrością Alicji o Dalię (zaczęło się jeszcze przed porodem) ale chyba powinnam. Ala, poza chwilami łaskawości, uznaje teraz głównie tatusia. Poranne zbieranie się do żłobka wygląda teraz tak, jak powyżej. Co ciekawe, żadne problemy nie występują, gdy w domu jesteśmy tylko my, bez Tatusia.
- Miiisieeek! - wydarłam się w kierunku sypialni. - Znowu to samo!
Mocno niezadowolony Mąż przyczłapał po chwili. Dostał zwolnienie i chciałby wyleczyć się w spokoju. Też jestem chora i chciałabym się wyleczyć. Jedyna różnica jest taka, że nie gorączkuję. Ciekawe, że chory Mąż leczy się w domu a ja odwożę i przywożę Alicję, targam jedno lub więcej dzieci do przychodni, zabieram do specjalistów, na basen i wykonuję różne inne zadania. Pewnie przez to kuruję się w naprawdę wolnym tempie. Może do świąt mi przejdzie. Byle nie wielkanocnych.
Teściowa oczywiście z miejsca wysunęła pomysł, żeby Ala nie szła do żłobka. Dopiero bym się urządziła! Miałabym do opieki 2,5-letniego diabełka, jedno bardzo spokojne niemowlę przestraszone okrzykami tegoż diabełka i jednego marudnego Męża zgłaszającego kłopotliwe pytania. Czy będzie obiad, na przykład. Nie mówiąc o konieczności ugotowania jedzenia Alicji i wyjściu z nią na spacer, żeby zasnęła. Ala w żłobku ma zapewnione jedzenie, chodzi grzecznie spać w południe, wybiega się na placu zabaw i zasypia wieczorem w miarę normalnie.
Nie dam się propagandzie antyżłobkowej.
- Co jest, Ala? Mama też może cię ubrać - Mąż spróbował przemówić dziecku do rozsądku.
- Nie! Tata! - usłyszeliśmy.
Mimo wszystko spróbowałam. Alicja machnęła nogami, zrzucając spodenki a gdy zaczęłam zakładać je jej na nowo, odpięła i wyrzuciła pieluchę. Przy okazji oberwałam kopa.
- Nie ty tu rządzisz! - zdenerwowałam się. Posadziłam ją na kolanach, zablokowałam wierzgające nogi i zaczęłam ubierać. Alicja wpadła w histerię a wśród tego hałasu dobiegły mnie nawoływania Dalii. Krzyki ją obudziły.
- Weź ją ubierz, ja muszę zająć się Małą! - przekrzyczałam te wrzaski, wskazałam mu kupkę ubrań i poszłam sobie. I tak musiałam nakarmić Dalię przed wyjściem, bo prędzej poczeka aż wrócę, niż wypije z butelki. Nawet, jeśli nie będzie mnie 5 godzin. Sprawdziłam. Nawet się specjalnie nie awanturowała, tylko odmawiała picia. Zamiast krzyczeć - protestowała w swoim języku.
Z ulgą zamknęłam drzwi do sypialni. Wzięłam Dalię na ręce i pocałowałam w policzek.
- Chodź, kwiatuszku. Będziemy jeść - oznajmiłam, siadając w fotelu.
Dalia przyssała się, zjadła i posłała mi szeroki, rozbrajający uśmiech. Odpowiedziałam uśmiechem i pogłaskałam ją po policzku. Częściowo ubrana Alicja wparowała do pokoju i łypnęła w moim kierunku.
- Ja cie do mamy na jecie! - zażądała. No to mam problem
- Ala, wezmę cię na ręce, jak Dalia odbije... - zaczęłam tłumaczyć.
- Eeee... do maaaamyyy! - rozdarła się Alicja.
Za Alicją przybiegł Mąż z bluzeczką. Po krótkiej walce bluzeczkę umieścił na Alicji. Kolejny krok: sweterek. Z Dalią na rękach przyniosłam im z przedpokoju buciki i ustawiłam obok na podłodze. Z szafy wyjęłam kurteczkę, szalik i czapkę i wszystko ułożyłam na komodzie. Po chwili obok mnie przebiegła wrzeszcząca Alicja, wypadła na korytarz i zatrzymała się przy wózku. Za nią pobiegł Mąż z kurteczką.
- Nie! Mama mnie ubiezie! - usłyszałam krzyk.
- Mama... - wezwał mnie Mąż na pomoc.
- Weź Dalię i przynieś mleko. Musimy lecieć - wykorzystałam chwilę łaskawości starszego dziecka, pospiesznie ją ubrałam i wpięłam do wózka. Narzuciłam płaszcz, wsunęłam buty, pod wózek wrzuciłam butelkę z mlekiem i ruszyłam do windy. - Pa, pa!
- Eeee... koniiki! - chlipnęła przy windzie Alicja. Koniki to następca ukochanych Żab. Żaby wylądowały na półce, ich miejsce zajęły małe, różowe koniki.
- Nie mamy już czasu, by wracać - zdenerwowałam się. - Dzisiaj koniki zostaną w domu, jutro z tobą pojadą.
- Eeee... koniiiikiii, eeee... koniiiikiiii! - usłyszałam w odpowiedzi.
- Trzeba było nie szaleć, to byśmy wszystko zabrały - uświadomiłam dziecku konsekwencje.
Wsiadłyśmy do windy. W windzie jechali już jacyś sąsiedzi i zawstydzona Alicja zamilkła. Gdy tylko wyjechałyśmy z klatki, odezwała się znowu.
- Eee... koniiikii...eeee...koniiikiii - zawodziła w kółko.
W milczeniu pchałam wózek. Nie mogłyśmy już wrócić. I tak na pociąg zdążymy z trudem. Po przejechaniu przez przejście pokonywałam park. Alicja wciąż powtarzała to samo.
- Bądźże już cicho, słuchać tego nie można - prosiłam bez efektów.
Zrobiło mi się jej żal. Wyrwana ze snu, zimno i jeszcze maskotek nie wzięła. Zatrzymałam wózek na ścieżce i pochyliłam się w jej kierunku. Chyba wpadłam na pomysł, jak ją uspokoić.
- A może chcesz mleko? - spytałam. Wyjęłam chusteczkę i wytarłam jej łzy z policzków. Alicja przyjęła butelkę. A mój wzrok padł na jej nogi.
- Ala! A gdzie masz buciki!?
Na podpórce spoczywały stopy Alicji w spodenkach i szarych rajstopkach. Odruchowo obejrzałam się za siebie sprawdzając, czy na chodniku nie leżą buciki. Od razu uświadomiłam sobie bezsens tego pomysłu. Buciki zapinane na podwójne rzepy same NIE MOGŁY SPAŚĆ.
Przed oczami przeleciał mi kalejdoskop wydarzeń. Buciki dostał Mąż i potem już się nimi nie zajmowałam. Ubierałam w kurteczkę, przypinałam do wózka - na nogi nawet nie zerknęłam.
Diabli nadali, o pociągu mogę zapomnieć. Westchnęłam, zawróciłam wózek i wyjęłam telefon.
- Wracamy - zakomunikowałam Mężowi, jeszcze wkurzona, choć już zaczął do mnie docierać komizm sytuacji.
- Co się stało?
- Ala nie ma bucików!- wybuchnęłam śmiechem. - Jak to się stało, że jej nie założyłeś?
- A... bo były przybrudzone i chciałem je jeszcze wyczyścić...
- Dobrze, że zorientowałam się teraz a nie w pociągu - ucieszyłam się. - Tyle twojego, Ala, że zabierzemy koniki. Następnym razem wołaj: "eee...buciiikiii" a nie "eee... koniiiki" - wyszczerzyłam się siedzącej w wózku do chmury gradowej.
Pięć minut później dotarłyśmy do klatki. Na górze Mąż już stał w drzwiach z bucikami w ręce. Włożyłam je Alicji.
- Nie zmarzła? - zaniepokoił się Mąż.
- Chyba nie, daleko przecież nie pojechałyśmy. Wezmę jeszcze te koniki, skoro i tak tu jesteśmy - pobiegłam po zabawki. Wetknęłam je z boku siedzenia i odjechałyśmy, tym razem na dobre. Do żłobka dotarłyśmy oczywiście spóźnione ale grunt, że się udało.
"I co ja bym zrobiła, gdybym zorientowała się dopiero w pociągu?" - zastanawiałam się w drodze powrotnej. "Nie opłacałoby się wracać do domu. Tylko jak mogłabym zostawić dziecko bez butów? Ba, ze stacji do żłobka trzeba przejechać jeszcze jakieś 10 minut wózkiem. Przez ten czas miałaby marznąć bez butów? Choć i tak trwałoby to krócej, niż powrót do domu. A obuwniczego po drodze nie ma."
Ostatecznie uznałam, że należałoby odstawić Alicję do żłobka, podjechać do najbliższego sklepu, zakupić jakieś niedrogie obuwie i wrócić do żłobka.
Ciekawe, czy po tym wpisie ktoś uzna nas za rodzinę dysfunkcyjną.